Kociołkowe rozmowy: Wywiad z Barneyem Burmanem o Oscarze, potworach i kulisach hollywoodzkiej charakteryzacji

Czarno-biały portret Barneya Burmana w nakryciu głowy i z brodą. Zdjęcie ilustruje wywiad z hollywoodzkim charakteryzatorem i laureatem Oscara.

Za filmowymi potworami, zombie i spektakularnymi przemianami aktorów kryją się godziny pracy, ogromna wiedza i często… suszarka do włosów. Barney Burman, laureat Oscara i jeden z najbardziej doświadczonych artystów charakteryzacji w Hollywood, zabiera nas za kulisy swojej niezwykłej kariery. Opowiada o tworzeniu Volcanalisa z „Grimm”, zombie Zacka Snydera, uszach Spocka oraz o tym, dlaczego współczesna branża zbyt często zapomina, że efekty specjalne również są sztuką. 

Barney Burman od dziecka wychowywał się w świecie hollywoodzkich efektów specjalnych, pomagając ojcu na planach filmowych. Dziś to laureat Oscara za „Star Treka” i mistrz charakteryzacji odpowiedzialny za kultowe przemiany w „Świcie żywych trupów”, „Grimm” czy „Jajach w tropikach”.

 Więcej informacji o jego twórczości, dorobku i realizowanych projektach można znaleźć na oficjalnej stronie Barney’a Burmana, natomiast na Instagramie można zajrzeć jeszcze bliżej do jego świata charakteryzacji.


🎙️  Bardzo dziękuję za poświęcenie czasu na tę rozmowę. To ogromny zaszczyt móc porozmawiać z kimś, kto stoi za tak wieloma kultowymi efektami specjalnymi i charakteryzacjami w historii kina. Na początek chciałbym zapytać, co najbardziej przyciągnęło Pana do świata charakteryzacji?

 

Barney Burman: Dorastałem w otoczeniu tego wszystkiego. To jest w mojej rodzinie. W moich genach. Kiedy byłem małym chłopcem, zacząłem rzeźbić różne twarze na swoich figurkach G.I. Joe. Lubiłem też, kiedy mój ojciec wykorzystywał mnie do przeprowadzania testów charakteryzacji do filmów takich jak Invasion of the Body Snatchers (1978), albo kiedy służyłem mu za modela przy tworzeniu jakiegoś stworzenia, na przykład gigantycznych szczurów w The Food of the Gods czy małych kosmitów do Bliskich spotkań trzeciego stopnia. To była właściwie moja pierwsza płatna praca. Produkcja wysłała mi czek na 75 dolarów. 

🎙️Jakie są najważniejsze cechy dobrego charakteryzatora według Pana?

 

Barney Burman: Prawdopodobnie wytrwałość. Po prostu rób to dalej. Nie przestawaj. Do tego obserwacja. Trzeba rozwijać oko do sztuki, koloru i formy, zarówno w dużej, jak i małej skali. 

🎙️Co uważa Pan za najbardziej niedoceniany aspekt swojej profesji?

 

Barney Burman: Dobre pytanie. Powiedziałbym, że sam charakter tej pracy. Również jej artystyczny wymiar. Czas i praca potrzebne do jej wykonania są często niedoceniane i traktowane jako coś oczywistego, ale naprawdę wierzę, że jest w tym sztuka, której nie poświęca się wystarczająco dużo uwagi. Czasami się ją docenia, ale to rzadkość.

Wydaje mi się, że to wielki artysta Steve Wang powiedział kiedyś: „W latach 80. byliśmy jak gwiazdy rocka. Teraz jesteśmy dostawcami”. Miał na myśli ten efekt „wow”, jaki nasza praca wywoływała wtedy wśród producentów i widzów. Tworzenie stworzeń i przemienianie ludzi było wówczas czymś wyjątkowym. Teraz mam wrażenie, że wszyscy traktują to jako coś oczywistego i zdecydowanie zbyt często dzwonią do mnie ludzie, którzy nie mają wystarczającego budżetu i chcą czegoś, co ich zdaniem mogę mieć gotowe na jakiejś półce.

To naprawdę dziwne. Mogę przeczytać scenariusz, w którym pojawia się jakiś efekt charakteryzatorski, czy to stworzenie, martwe ciało, czy cokolwiek innego, a kiedy mówię producentowi, ile będzie to kosztować, słyszę coś w stylu: „Nie mamy na to budżetu. Skąd weźmiemy pieniądze?”. A ja mam ochotę odpowiedzieć: „Nie przeczytaliście scenariusza? To jest w nim zapisane, a reżyser tego chce, więc dlaczego nie uwzględniliście tego w budżecie?”.

Albo mówią: „Mamy w sumie 5000 dolarów na charakteryzację i efekty”. Pytam wtedy, skąd wzięła się ta kwota, a oni odpowiadają: „Po prostu wydawało nam się, że będzie odpowiednia”. To jest po prostu szalone.

Wystarczyłoby, żeby zapłacili komuś takiemu jak ja za dzień czy dwa pracy nad rozpisaniem scenariusza i przygotowaniem realistycznego budżetu. Ale zbyt często nie chcą wyłożyć nawet niewielkich pieniędzy na coś takiego. I zdecydowanie zbyt często charakteryzatorzy oraz artyści od efektów specjalnych robią taką analizę za darmo.

To jest kompletnie szalone. To jest praca. To czas i wiedza konkretnej osoby, a to ma swoją wartość i powinno być odpowiednio wynagradzane.

Chyba to pytanie trochę mnie sprowokowało. Może da się to zauważyć? (śmiech).

🎙️Czy są jakieś techniki z przeszłości, które wciąż Pan wykorzystuje?

 

Barney Burman: Tak, wszystkie. Pojawiają się nowe materiały i techniki, ale raczej dołączają do naszego zestawu narzędzi, zamiast zastępować te wcześniejsze.

Na przykład silikon jest świetny, ale czasami potrzebny jest piankowy lateks albo żelatyna. Wszystko zależy od tego, nad czym pracujesz i jaki będzie najlepszy sposób na osiągnięcie zamierzonego efektu.

🎙️Jakie jest najbardziej „niedoceniane” narzędzie w Pana kufrze, bez którego nie wyobraża Pan sobie pracy na planie?

 

Barney Burman: Nie wiem, czy powinno się je uważać za „niedoceniane”, ale powiedziałbym, że dobra paleta kolorów i kilka dobrych pędzli. Umiejętność odpowiedniego dobierania kolorów i kontrastów może naprawdę wiele zmienić.

Och, i koniecznie trzeba mieć ze sobą suszarkę do włosów. To właśnie jest ta niedoceniana rzecz. Możliwość szybszego wysuszenia czegoś to wspaniała sprawa.

🎙️Praca przy Star Trek III: W poszukiwaniu Spocka (1984) była Pana debiutem. Jakie to uczucie wrócić do tej samej marki po latach jako szef zespołu i zdobyć za to Oscara?

 

Barney Burman: W W poszukiwaniu Spocka zrobiłem naprawdę niewiele. Byłem asystentem w pracowni. Dużo sprzątania i po prostu pomagania tam, gdzie byłem potrzebny.

Trochę rzeźbiłem przy jednym z kosmitów, ale później zmieniono koncepcję tej postaci i ktoś inny przejął nad nią pracę.

Pracowałem też trochę w pracowni przy Star Trek VI: Undiscovered Country dla Eda Frencha. Nie byłem więc szczególnie mocno związany ze światem Star Treka, jeśli chodzi o zakres mojego udziału. Czułem jednak pewną więź emocjonalną, ponieważ mój ojciec kierował zespołem przy ST3. Wcześniej pracował również dla Johna Chambersa i pomagał przy tworzeniu uszu Spocka oraz kilku innych rzeczy do oryginalnego serialu.

Czułem więc wtedy pewną dumę, że mogę kontynuować tę tradycję.

A jeśli chodzi o zdobycie za to Oscara… nie narzekam. (śmiech)

Plakat filmowy Star Trek III: W poszukiwaniu Spocka (1984)
Źródło: IMDb
🎙️Jakie wyzwania stawia przed charakteryzatorem praca nad tak mocnym, niezależnym horrorem jak Slaughterhouse (1987)?

 

Barney Burman: To było szalone. Dołączyłem do projektu, żeby zastąpić kogoś, kogo mieli już wcześniej. Nie byli zadowoleni z jego pracy, więc po prostu wskoczyłem na głęboką wodę.

Razem z moim przyjacielem Markiem Lynnem pracowaliśmy w pokoju hotelowym w San Diego i tworzyliśmy wszystko na bieżąco.

Powiedziałbym więc, że największym wyzwaniem była improwizacja. Trzeba być gotowym znaleźć sposób, żeby coś zadziałało, nawet w obliczu przeciwności.

🎙️Przy Porywaczach ciał (1993) pracował Pan u boku swojego ojca, Toma Burmana. Jak wyglądał podział ról przy tworzeniu „kokonów” – czy istniała między Panami artystyczna rywalizacja o to, jak bardzo nieludzka powinna być ta transformacja?

 

Barney Burman:  To dla mnie nowość, że ktoś zwrócił na te kokony uwagę. Ponieważ reżyser, Abel Ferrara, ich nie znosił i przez większość czasu kazał pokrywać je błotem i mchem. Z tego, co pamiętam, przyszedł do projektu, mówiąc, że nie lubi science fiction.

Ale to również może być świetne rozwiązanie. Zatrudnienie reżysera, który ma wyczucie surowego realizmu, do opowiedzenia historii o czymś fantastycznym, uważam za genialny pomysł.

Nie, nie sądzę, żeby między mną a ojcem była wtedy jakaś artystyczna rywalizacja. Świetnie się bawiłem. Nie wiem, jak on to pamięta, musiałbyś jego zapytać, ale ja miałem naprawdę świetny czas.

Ostatecznie zagrałem nawet człowieka zamienionego w podczłowieka w jednej ze scen w izbie chorych, ale scena została skrócona. Być może gdzieś widać mnie przez chwilę, jak leżę nago w łóżku. Nie jestem pewien. (śmiech)

🎙️Jakie to uczucie pracować nad charakteryzacją w Grinchu?

 

Barney Burman: Przy tym filmie nie pracowałem przy charakteryzacji Jima w Grinchu. Zajmował się nią Kazu Hiro.

Ja przez trzy miesiące codziennie charakteryzowałem świetnego aktora Davida Costabile’a, który wcielał się w jednego z „Who”. Grał Gail w Breaking Bad i „Wagsa” w Billions.

Od razu złapaliśmy dobry kontakt i przez większość czasu, kiedy siedział na fotelu charakteryzatorskim, śmialiśmy się.

Z Jimem pracowałem dopiero kilka lat później, przy jego serialu Kidding. Myślę, że ludzie nie zdają sobie do końca sprawy z tego, ile pracy Jim wkłada w to, co robi. Przed kamerą jest świetny, a kiedy kamera nie pracuje, jest prawdziwym profesjonalistą.

Przy kimś takim jak Jim, Tom Cruise czy jeszcze kilku innych aktorów musisz być cały czas na najwyższym poziomie. I szczerze mówiąc, nie zasługują na nic mniej, bo sami właśnie tyle od siebie dają.

🎙️Świt żywych trupów (2004) to kamień milowy nowoczesnego kina o zombie. Jakie było Pana podejście do „świeżego” spojrzenia na zombie w porównaniu z klasyką?

 

Barney Burman: Właśnie skończyłem pracę z Kazu Hiro przy Haunted Mansion i to on pokazał mi technikę rozciągania i stipplingu, wykorzystującą warstwy lateksu oraz roztopioną żelatynę.

Było z tym trochę bałaganu, ale zabawa była świetna i efekt bardzo skuteczny.

Przyniosłem więc ten materiał i technikę Davidowi Andersonowi, który był kierownikiem działu efektów charakteryzatorskich i zatrudnił mnie oraz Toni G. jako współkierowników zespołu odpowiedzialnego za zombie w tym filmie.

Dave’owi bardzo się to spodobało, a Zackowi Snyderowi również. Był to nowy sposób podejścia do tego rodzaju charakteryzacji i przez dwa miesiące świetnie się bawiliśmy, codziennie tworząc zombie.

Do tego film kręcono w Toronto latem, więc upał i wilgotność powodowały, że charakteryzacja topiła się, jeśli zombie zbyt długo przebywały na zewnątrz. Ale dzięki temu w miarę upływu dnia wyglądały coraz bardziej obrzydliwie, a tym samym coraz lepiej.

Kard z filmu Dawn of the Dead (2004)
Źródło: IMDb
🎙️Praca nad Lesem Grossmanem (Jaja w tropikach) to jedna z Pana najbardziej rozpoznawalnych transformacji. Ile wersji „łysiny” i „owłosienia klatki piersiowej” musiał Pan przygotować dla Toma Cruise’a?

 

Barney Burman: Zrobiliśmy dwie wersje tej charakteryzacji. Jego ciało, dłonie i szyja pozostały takie same, ale od brody w górę wyglądał inaczej.

W pierwszej wersji, którą można znaleźć w internecie, był zbyt wyrzeźbiony. Linia szczęki była zbyt wyraźna. Tom chciał, żeby wyglądał łagodniej.

Mieliśmy też przygotowaną krótką perukę z włosów na koronkowej bazie, ale szybko zdaliśmy sobie sprawę, że włosy są za krótkie i widać koronkę. Zastąpiliśmy ją więc silikonową łysą czepką z ręcznie wszczepionymi włosami.

🎙️W Star Trek (2009) stworzył Pan nowe uszy dla Spocka. Jakie to uczucie „poprawiać” coś, co było świętością dla fanów przez dekady?

 

Barney Burman: Fajne było to, że mogliśmy dodać jego uszom pewien wiek. Leonard miał bardzo charakterystyczne, swego rodzaju bruzdy w górnej części prawdziwych uszu i przenieśliśmy ten szczegół do uszu Spocka. Myślę, że naprawdę dobrze to zadziałało.

Magia i znaczenie tworzenia uszu Spocka zdecydowanie nie były dla mnie obojętne.

🎙️Czy uważa Pan, że Oscar zmienił Pana życie zawodowe, czy tylko „podbił stawkę”?

 

Barney Burman: (Śmiech).  Zdecydowanie podbił stawkę. Przynajmniej dla mnie. Oczywiście czułem się zaszczycony, że go otrzymałem, ale jednocześnie miałem poczucie, że muszę wykonywać jeszcze lepszą pracę i zdobyć kolejnego, żeby udowodnić, że nie popełnili błędu, przyznając mi pierwszego.

To naprawdę ryło mi głowę. Mam jednak wrażenie, że po zdobyciu Oscara wykonałem jedne z najlepszych prac w swojej karierze, szczególnie przy niezależnym filmie Shuffle. To piękny film i powinno się go zobaczyć.

Posiadanie tej nagrody w dorobku zdecydowanie pomogło mi później dostać się do niektórych miejsc. Otworzyło przede mną możliwości, których być może w innym przypadku bym nie dostał, i jestem za to wdzięczny.

🎙️W serialu Grimm musiał Pan tworzyć nowe potwory niemal co tydzień. Który Wesen był najbardziej problematyczny z technicznego punktu widzenia?

 

Barney Burman: To łatwe. Zdecydowanie Volcanalis.

Mieliśmy 12 dni na stworzenie człowieka z lawy, który miał świecić od środka. To było szalone. Nick Reisinger, mój drugi człowiek w pracowni, wpadł jednak na coś, co nazywa się przewodem EL. Zrobiliśmy z niego kombinezon, prowadząc ten przewód po całym jego wnętrzu.

Następnie wykonaliśmy przezroczystą silikonową skórę, coś w rodzaju jednoczęściowego kombinezonu, którą można było na to nałożyć. Zadziałało świetnie.

Mieliśmy też światło zamontowane w zestawie zębów potwora, które trafiały do ust aktora.

I całe szczęście, że nosił to świetny aktor wcielający się w stworzenia, Brian Steele. On naprawdę wie, jak tchnąć życie w coś takiego.

🎙️Wild Boar to Pana pełnometrażowy debiut reżyserski. Dlaczego wybrał Pan akurat motyw mutantów-świń?

 

Barney Burman: Śmiech…  Miałem przyjaciela, który, mówiąc metaforycznie, zasiał mi ten pomysł w głowie. Chcieliśmy razem zrobić film i zasugerował coś w rodzaju Planety małp, tylko ze świniami. To naprawdę do mnie przemówiło.

Napisałem scenariusz. On miał go wyreżyserować. Ale wydarzyły się dwie rzeczy. Po pierwsze, scenariusz, który napisałem, był niemożliwy do zrealizowania za budżet, jaki braliśmy pod uwagę. Był absurdalnie niski (śmiech). Trzeba więc było przepisać scenariusz.

Potem jednak obaj zajęliśmy się innymi projektami i film trafił na dalszy plan. Ale ten pomysł cały czas we mnie tkwił. Po kilku latach powiedziałem więc przyjacielowi: „Przepiszę to, ale jeśli to zrobię, chcę też wyreżyserować ten film”. Zgodził się, że powinienem to zrobić.

Potem wykonałem na sobie testową charakteryzację i to naprawdę zmotywowało mnie, żeby dalej nad tym pracować.

Kard z filmu Wild Boar (2019)
Źródło: IMDb
🎙️Czy zdarzyło się, że makijaż/charakteryzacja wywołała tak silną reakcję emocjonalną u aktora, że wpłynęło to na jego grę?

 

Barney Burman: Nie. Nigdy. (śmiech)

Nie, jestem pewien, że oczywiście coś takiego się zdarzało. Wydaje mi się jednak, że to dobre pytanie do zadania aktorom.

Powiem ci za to jedną rzecz. Pracowałem przy serialu Strong Medicine i musiałem stworzyć efekt cesarskiego cięcia. Zrobiłem więc brzuch ciążowy, w którym znajdowało się wszystko, co powinno być w środku: dziecko, jelita, cała reszta. Aktor wykonujący operację mógł dzięki temu naprawdę rozciąć brzuch i wyjąć dziecko.

Kiedy kręcili tę scenę, operator odwrócił głowę i prawie zwymiotował, (śmiech)

🎙️Czy istnieją gatunki filmowe, które szczególnie lubi Pan charakteryzować?

 

Barney Burman: Nie sądzę, żeby chodziło tu tak bardzo o gatunek filmu, jak o samą charakteryzację. Niektóre prace, z których jestem najbardziej dumny, to charakteryzacje maskujące w komediach, czasami dla Sachy Barona Cohena, ale także dla innych aktorów.

Tropic Thunder również było komedią.

Przede wszystkim liczy się dla mnie sama charakteryzacja i artyści, z którymi pracuję. Zawsze świetnie się bawię, kiedy mogę pracować z Tonym Gardnerem, niezależnie od tego, czy jest to komedia, horror, czy cokolwiek innego.

🎙️Jaki film, przy którym Pan NIE pracował, uważa Pan za wzór charakteryzacji?

 

Barney Burman: Jest ich mnóstwo.

Egzorcysta nadal robi ogromne wrażenie. Czarnoksiężnik z Oz. Lista jest nieskończona.

Jeśli chodzi o nowsze rzeczy, praca Kazu Hiro jest fenomenalna. Widziałeś The Ugly Step-sister? Praca Thomasa Foldberga jest absolutnie przepiękna.

Prace Mike’a Marino, między innymi przy Pingwinie, zapierają dech w piersiach. Nie wspominając już o tym, co robi z Heidi Klum.

Chciałbym, żeby więcej milionerów posuwało się do takich ekstremów przy swoich halloweenowych kostiumach. (śmiech)

🎙️Czy w Pana karierze był moment, w którym chciał Pan to wszystko rzucić?

 

Barney Burman: Wow. Trudne pytanie.

Tak, wiele razy. Sposób, w jaki zmierza świat, oraz sytuacja w branży… trudno jest czuć inspirację.

A przecież właśnie o to chodzi w byciu artystą, prawda? Wszyscy naprawdę chcemy czuć inspirację, żeby stworzyć coś wyjątkowego.

🎙️Czy istnieje projekt, którego Pan żałuje, że nie zdecydował się w niego zaangażować?

 

Barney Burman: Niekoniecznie.

Czasami mam wrażenie, że mogłem zrobić coś lepiej, ale to tylko ego. Czasami ktoś inny dostaje daną pracę i wykonuje ją fantastycznie, znacznie lepiej, niż ja bym to zrobił.

Bywało też, że bardzo zależało mi na konkretnym projekcie, a później dowiadywałem się, że z jakiegoś powodu był kompletnym koszmarem.

W takich sytuacjach muszę uznać, że wszechświat miał mnie na oku i zadbał o moje dobro.

🎙️Jaka jest najważniejsza lekcja, którą życie w Hollywood Pana nauczyło?

 

Barney Burman: Wyjedź z Hollywood. Zamieszkaj gdzie indziej.

Żyj tam, gdzie chcesz żyć, w miejscu, które cię wspiera i daje ci energię. Rób rzeczy, które chcesz robić, rzeczy, do których naprawdę cię ciągnie. A resztą pozwól, żeby zajęło się samo życie.

Myślę, że dziś jest to prawdziwsze niż kiedykolwiek wcześniej.

🎙️Co uważa Pan za swój największy sukces, który nie jest mierzony statuetką Oscara?

 

Barney Burman: Po prostu to, że zaszedłem aż tak daleko.

Wiem, że to dość ogólne, ale dla mnie czasami było to sporym wyzwaniem.

Po drodze było wiele mniejszych osiągnięć. Wychowałem syna, który jest naprawdę dobrym człowiekiem i ma piękne serce.

Udało mi się utrzymać małżeństwo ze wspaniałą i piękną osobą, która karmi moją duszę.

Właśnie skończyłem też swoją pierwszą powieść, zatytułowaną Radio Waves. Akcja została osadzona w ostatnich dniach poprzedniego tysiąclecia. Opowiada o prezenterze radiowym i radiowym psychologu, którzy publicznie się ze sobą ścierają, ale kiedy spotykają się osobiście, odkrywają, że łączy ich nieodparte przyciąganie.

Czyli zasadniczo dokładnie tego, czego można by się spodziewać po kimś, kto tworzy potwory. (śmiech)

🎙️Czy kiedykolwiek miał Pan okazję współpracować z kimś z Polski na planie filmowym? Czy miał Pan okazję odwiedzić kiedyś Polskę?

 

Barney Burman: Nie miałem okazji zrobić ani jednego, ani drugiego, ale muszę przyznać, że bardzo mnie to intryguje.

Słyszałem, że Polska jest pięknym krajem, pełnym wspaniałych ludzi, i bardzo chciałbym ją odwiedzić.

🎙️Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Barney Burman: Ja tylko siedziałem tutaj i po cichu pisałem (śmiech). Dzięki wielkie. To była świetna zabawa.


Jeśli chcecie poznać historie kolejnych niezwykłych twórców, zajrzyjcie do innych rozmów opublikowanych w ramach naszej serii „Kociołkowe rozmowy”.

PopKulturowy Kociołek
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.