
Czy da się połączyć Tolkienowski rozmach z bezkompromisowym burzeniem gatunkowych schematów? Okazuje się, że tak i tego przykładem jest album Wollodrin tom 2. Pozycja, która w brawurowy sposób udowadnia, że współczesna opowieść o dawnych rasach fantasy potrafi zaskoczyć na każdym kroku. Czy to jednak oznacza, że album pozbawiony jest wad?
Wollodrin tom 2 obejmujące pięć oryginalnych albumów, od szóstego do dziesiątego, jest to więc zamknięcie rozbudowanej opowieści o świecie zamieszkałym przez ludzi, krasnoludy, elfy, orki i smoki. David Chauvel po raz kolejny udowadnia tutaj, że nie interesuje go bezmyślne powielanie schematów, lecz świadome drażnienie przyzwyczajeń czytelnika. Całość uderza niesamowitym dynamizmem, płynnie przechodząc od kameralnych rozmów pełnych goryczy do wielkich, epickich akcji.
Fantasy pełne zwrotów akcji, ale czy scenariusz potrafi dowieźć finał?
W przypadku Wollodrin tom 2 najbardziej podoba mi się to, że David Chauvel nie trzyma się kurczowo jednego zestawu bohaterów, lecz pozwala spojrzeć na swoje uniwersum z różnych stron. Drugi polski zbiorczy tom, pokazuje, jak pozornie odrębne przygody stopniowo układają się w większą historię. Losy młodego krasnoluda Tridïka i elfa Haffanena, a później także Wïnhbora, orka mierzącego się z własnymi ambicjami, nie są jedynie pretekstem do kolejnych potyczek. Chauvel wykorzystuje je, by pokazać wzajemną nieufność między rasami, ciężar dawnych konfliktów i przekonania, które trudno zmienić nawet wtedy, gdy tracą rację bytu.
Podoba mi się również to, że autor nie dzieli świata na szlachetnych bohaterów i jednoznacznych przeciwników. Każda ze stron ma własne motywacje, a zmiana perspektywy pozwala spojrzeć na znane wcześniej problemy z zupełnie innej strony. Dzięki temu uniwersum nie stoi w miejscu, a kolejne historie wnoszą do niego coś nowego.
Nie oznacza to jednak, że scenariusz jest pozbawiony wad. Częste zmiany głównych postaci potrafią wybić z rytmu, szczególnie gdy zdążymy już zaangażować się w jedną historię, a Chauvel nagle przenosi nas w inne miejsce i stawia przed nowymi bohaterami. Potrzeba czasu, by poszczególne wątki zaczęły się zazębiać, a niektóre fragmenty sprawiają wrażenie przygotowania gruntu pod wydarzenia, które dopiero nadejdą. Nie każda część daje więc równie dużo satysfakcji, a tempo opowieści bywa nierówne. Kiedy jednak historie zaczynają tworzyć większą całość, wcześniejsze przygody nabierają dodatkowego znaczenia.
Najciekawsze w tym fantasy są relacje między dawnymi wrogami
Tridïk i Haffanen tworzą szczególnie udany duet, ponieważ ich relacja nie opiera się wyłącznie na wspólnej przygodzie, ale również na zderzeniu odmiennych sposobów myślenia. Młody krasnolud, obdarzony mocą Bhaälzeca, nie jest typowym herosem, który od początku wie, jak wykorzystać swoje możliwości. Haffanen z kolei został ukształtowany przez kulturę, w której nieufność wobec innych ras jest czymś naturalnym. Ich wspólna droga pokazuje, jak trudno przełamać uprzedzenia, ale też że pochodzenie nie musi definiować człowieka. Największą zaletą tej relacji jest to, że wzajemne zaufanie rodzi się stopniowo, zamiast pojawić się za sprawą jednego efektownego gestu.
Ciekawie wypada również Wïnhbor, którego historia, napędzana pragnieniem zemsty i potrzebą udowodnienia własnej wartości, pozwala lepiej poznać orków. Relacje z siostrą Wïnhart i pozostałymi przedstawicielami jego ludu pokazują, że za impulsywnością i wojowniczością kryją się zwyczajne emocje, ambicje oraz rodzinne konflikty. Chauvel skutecznie przełamuje stereotypowe przedstawienie ras fantasy, nadając bohaterom indywidualne motywacje, zamiast sprowadzać ich do określonych funkcji w opowieści.
Nie wszystkie postacie otrzymują jednak równie dużo miejsca na rozwój. Gdy intryga nabiera rozmachu, część relacji schodzi na dalszy plan, a niektóre przemiany nie wybrzmiewają tak mocno, jak powinny. Najwięcej zyskują bohaterowie, których decyzje wynikają z wcześniejszych doświadczeń, a nie wyłącznie z potrzeby zaskoczenia czytelnika. Mimo tych zastrzeżeń galeria postaci pozostaje jednym z mocniejszych elementów albumu, choć nie każdy bohater wykorzystuje swój potencjał w równym stopniu.
Świat Wollodrïn udowadnia, że fantasy nie musi powielać tych samych schematów
Trudno nie zachwycać się tutaj tym, jak David Chauvel wykorzystuje klasyczne elementy fantasy, nie popadając przy tym w schematy. Mamy krasnoludy, elfy, orków, smoki i magię, ale poszczególne rasy nie są jedynie zbiorem typowych cech, lecz społecznościami z własną historią, uprzedzeniami i motywacjami.
Szczególnie interesująco wypadają dawne konflikty, których konsekwencje wpływają na kolejne pokolenia, nawet gdy pierwotne przyczyny wrogości dawno straciły na znaczeniu. Dzięki temu świat nie jest wyłącznie tłem dla efektownych pojedynków, lecz ważną częścią opowieści. Nie brakuje mu również magicznego rozmachu, a niezwykłe zdolności bohaterów stopniowo zyskują znaczenie dla szerszej intrygi.
Podoba mi się również, że Chauvel potrafi połączyć widowiskową przygodę z tematami nieufności, przywiązania i przełamywania stereotypów. Nie wszystko działa jednak równie dobrze. Rozbudowywanie uniwersum i kolejne zmiany perspektywy wymagają cierpliwości, a niektóre wątki potrzebują czasu, by ujawnić swoje znaczenie.
Rysunki Lereculeya nadają fantasy rozmach, którego nie trzeba dopowiadać
Strona wizualna Wollodrin tom 2 to absolutna ekstraklasa europejskiego komiksu, w której rysunki Jérôme’a Lereculey’a wespół z genialnymi barwami Lou osiągają absolutne wyżyny. Każda plansza to małe dzieło sztuki, w którym dynamiczne, perfekcyjnie czytelne kadry bitewne płynnie przechodzą w wyciszone, malownicze pejzaże przypominające surową, dziką Szkocję.
Rysownik posiada niesamowity dar nadawania postaciom głębokiej ekspresji – wystarczy jedno spojrzenie zmęczonego orka lub nieobecny wzrok młodego krasnoluda, by wyczytać z ich twarzy całą gamę skrywanych emocji bez ani jednego słowa komentarza.
Kadrowanie potrafi zaskoczyć odważnymi, panoramicznymi ujęciami, które potęgują skalę wydarzeń i sprawiają, że czytelnik autentycznie czuje się drobnym pyłkiem w obliczu wielkiej historii.
Kolory Lou dopełniają tę pracę i pomagają budować atmosferę poszczególnych scen. Nie są jedynie dekoracją nałożoną na rysunki, ale współtworzą wizualny rytm opowieści, podkreślając zarówno spokojniejsze fragmenty, jak i momenty zagrożenia. To właśnie połączenie sprawnego rysunku, przemyślanej inscenizacji i kolorystyki sprawia, że świat serii jest tak atrakcyjny w odbiorze.
Wady i niedociągnięcia
Największym problemem Wollodrin tom 2 pozostaje wspomniana wcześniej pewna nierówność scenariusza. Zmiany bohaterów odświeżają opowieść, ale czasem utrudniają uchwycenie jej głównego kierunku. Nie każda część ma taką samą siłę, a niektóre bardziej zapowiadają przyszłe wydarzenia, niż dają satysfakcję.
Zastrzeżenia budzi też nierównomierne rozwijanie bohaterów. Tridïk i Haffanen otrzymują przestrzeń do budowania relacji, jednak później nie wszystkie postacie i ich przemiany wybrzmiewają równie mocno. Część wątków zasługiwałaby na większe rozwinięcie.
Największe wątpliwości pozostawia finał. Odważne zakończenie nie zapewnia pełnej fabularnej satysfakcji, a konsekwencje decyzji bohaterów nie dla każdego będą przekonujące. Trudno też uznać, że wszystkie wcześniejsze wątki prowadzą do niego w równie naturalny sposób.
Nie przekreśla to zalet zbioru, który oferuje ciekawe relacje i pomysłowe wykorzystanie fantasy. Wollodrin tom 2 pozostawia jednak mieszane uczucia, głównie przez nierówne połączenie dobrych pomysłów w spójną całość.
Wollodrin tom 2. Czy ta fantasy zasługuje na miejsce na półce?
Wollodrin tom 2 to propozycja dla czytelników, którzy lubią fantasy rozwijające znane motywy w mniej oczywistym kierunku. Największe atuty zbioru to różnorodność bohaterów, relacje między przedstawicielami odmiennych ras oraz bardzo dobra oprawa graficzna. Trzeba jednak liczyć się z nierównym prowadzeniem niektórych wątków i zakończeniem, które może podważyć satysfakcję z całej wyprawy.
Interesujące relacje między krasnoludami, elfami i orkami.
Wyraziste rysunki oraz świetna praca kolorystyczna.
Zmiany perspektywy mogą utrudniać śledzenie głównej osi opowieści.
Nie wszystkie postacie dostają równie dużo przestrzeni na rozwój.
Finał może rozczarować czytelników oczekujących satysfakcjonującego domknięcia przemian bohaterów.
| OCENA: 7/10 |
Wollodrin tom 2 pokazuje, że komiksowa fantasy może wykorzystywać klasyczne rasy i motywy, a mimo to opowiadać o nich z własnej perspektywy. Najwięcej zyskuje dzięki bohaterom, którzy muszą zmierzyć się z uprzedzeniami, dziedzictwem i odpowiedzialnością za własne decyzje. Rysunki Jérôme’a Lereculeya oraz kolory Lou nadają całości wizualną siłę, której nie odbierają nawet słabsze fragmenty scenariusza. Rozbudowana konstrukcja historii wymaga trochę cierpliwości, ale stopniowe łączenie wątków przynosi satysfakcję. Problemem pozostaje finał, którego odważny kierunek nie musi przekonać odbiorców przywiązanych do wcześniejszego rozwoju bohaterów. Dla kogo? Dla miłośników europejskiej fantasy komiksowej, którzy cenią rozbudowane światy, nieoczywiste przedstawienie fantastycznych ras, wyraziste rysunki i historie gotowe zaryzykować odejście od klasycznych rozwiązań. |
| Album do recenzji dostarczyło wydawnictwo Lost in Time. Komiks można również znaleźć na Komiksiarnia Katowice i Ceneo. |
Twórca Popkulturowego Kociołka. Z popkulturą i tworzeniem autorskich tekstów związany od 2002 roku. Specjalizuje się w tematyce kultury Japonii oraz rynku komiksowego. Jako publicysta od lat śledzi rozwój mangi i anime, zamieniając wieloletnią pasję w rzetelne recenzje i analizy literatury oraz gier.
Wollodrin tom 2