
Wyobraźcie sobie, że waszym największym wrogiem w labiryncie pełnym pułapek nie jest smok, lecz potworny głód. Z takimi właśnie problemami muszą sobie radzić bohaterowie Dungeon Meshi tom 1-2. Tytułu, który wciąga w świat, gdzie walka o przetrwanie zaczyna się od pustego żołądka, a nie od miecza. W poniższej recenzji mangi sprawdzam czy taka opowieść wymieszana z klasyką fantasy, humorem i akcją, jest w stanie mocno przykuć uwagę czytelnika.
Streszczenie fabuły Dungeon Meshi tom 1-2.
Drużyna poszukiwaczy przygód pod wodzą Laiosa ponosi dotkliwą klęskę w starciu z czerwonym smokiem, który zjada siostrę lidera. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak tylko wyruszyć na ratunek. Jest jednak pewien problem, a mianowicie brak funduszy na zapasy i wyposażenie. Bohaterowie zaczynają więc wykorzystywać to, co oferuje im loch. Pomaga im w tym krasnolud Senshi, wieloletni mieszkaniec podziemi i ekspert od przyrządzania potworów. W ten sposób wyprawa ratunkowa zamienia się w nietypową walkę o przetrwanie, gdzie każdy kolejny krok wiąże się z nowym posiłkiem i nowym zagrożeniem.
Manga Dungeon Meshi tom 1-2 to jeden z tych przypadków, kiedy człowiek siada do lektury z lekką dozą sceptycyzmu, a kończy z poczuciem, że właśnie odkrył coś naprawdę wciągającego. Ryoko Kui zrobiła bowiem coś, co wydawało się niemożliwe w tak wyeksploatowanym gatunku jak high fantasy. Wzięła najbardziej oklepane motywy, czyli drużynę składającą się z rycerza, elfa, niziołka i krasnoluda, a potem wrzuciła ich w sytuację tak prozaiczną, że aż genialną. Tutaj nie liczy się to, jak potężny jest twój czar, ale to, czy potrafisz odróżnić jadalną część wielkiego skorpiona od tej, która smakuje jak gorzki piasek. To podejście sprawia, że świat przedstawiony nagle staje się namacalny i niezwykle wiarygodny.
Scenariusz.
Największą siłą Dungeon Meshi tom 1-2 jest to, że bierze znany schemat i nie próbuje go udziwniać na siłę. Zamiast tego przesuwa akcent. Klasyczna przygoda nadal odgrywa tu ważną rolę, ale nagle równie ważne staje się to, co bohaterowie jedzą, jak to przygotowują i co z tego wynika. Autorka nie traktuje lochu jak zestawu losowych pokoi z potworami do bicia. Dla niej to żyjący, oddychający ekosystem. Każdy rozdział to nie tylko nowa potrawa, ale też lekcja biologii świata fantasy. Sprawia to, że tytuł momentalnie zjednuje sympatię odbiorcy.
To nie jest manga, która goni za ciągłą akcją. Ona raczej spaceruje po niej, zagląda w kąty, zatrzymuje się przy martwym potworze i zastanawia się, czy da się go usmażyć. I co ważne, ten rytm działa zaskakująco dobrze. Zamiast zmęczenia pojawia się ciekawość, bo nigdy nie wiadomo, co tym razem stanie się składnikiem posiłku.
Tom pierwszy i drugi budują bardzo specyficzną dynamikę drużyny. Na początku każdy jest trochę obok siebie, każdy ma własny cel i własne podejście do sytuacji. Wspólna potrzeba przetrwania zaczyna ich jednak powoli sklejać. Nie w sposób patetyczny, raczej bardzo naturalny, przy ogniu, przy garnku, przy rozmowie o tym, czy coś nadaje się do jedzenia. I to właśnie te momenty, pozornie zwykłe, zaczynają tworzyć największą więź między postaciami.
Postacie są napisane z ogromnym wyczuciem i humorem, który nie jest wymuszony. Laios to absolutny dziwak, którego fascynacja potworami graniczy z obsesją. Marcyle to serce tej grupy. Jej panika i obrzydzenie na myśl o jedzeniu śluzowców są tak szczere, że nie sposób się nie uśmiechnąć. Marcyle jest głosem rozsądku, który nieustannie przypomina, że są tam, by ratować Farynn, a nie urządzać degustację. Z kolei krasnolud Senshi to postać niemal mityczna, strażnik tradycji lochowej kuchni, który wprowadza do historii element powagi i szacunku dla składników.
Bardzo ciekawie wypada tutaj również sam humor. Nie jest to humor krzykliwy ani oparty na ciągłych gagach. Raczej suchy, często wynikający z kontrastu między powagą sytuacji a tym, jak bohaterowie ją interpretują.
Manga ma jednak również swoje zauważalne niedoskonałości o których należy wspomnieć. Tempo narracji nie każdemu przypadnie do gustu. Jeśli ktoś szuka ciągłej akcji i napięcia, może poczuć się rozczarowany. Ta manga lubi zwalniać, czasem nawet bardzo. Ale to zwolnienie jest częścią jej charakteru. Niektórzy mogą również narzekać na pewną powtarzalność struktury rozdziałów. Zazwyczaj schemat wygląda tak: grupa spotyka potwora, mają z nim jakiś problem, Senshi pokazuje im, jak go pokonać i zjeść, a na koniec mamy ucztę. W drugim tomie ta formuła zostaje nieco przełamana, pojawia się więcej wątków o przeszłości postaci i relacjach między rasami, ale nadal głównym motywem pozostaje jedzenie.
Rysunki.
Jeśli chodzi o rysunek w Dungeon Meshi to jest on bardzo konsekwentny i funkcjonalny. Nie ma tu przesadnej dekoracyjności, nie ma próby olśnienia czytelnika każdą planszą. Zamiast tego dostajemy czytelność i ogromną wyobraźnię w projektowaniu stworzeń. Potwory wyglądają dziwnie, czasem wręcz absurdalnie, ale jednocześnie mają w sobie coś biologicznie wiarygodnego. Tła w pierwszych dwóch tomach są dość oszczędne, co może być uznane za wadę, ale z drugiej strony pozwala to skupić się na bohaterach i ich ekspresyjnych twarzach. Miny Marcyle to absolutny majstersztyk.
Czy warto przeczytać Dungeon Meshi tom 1-2?
Dungeon Meshi tom 1-2 to niezwykle udane połączenie kulinarnej pasji z klasyczną przygodą, które powinno zadowolić fanów mangi fantasy. Te dwa tomy to dopiero przystawka do większej uczty.
| PLUSY: | MINUSY: |
|
|
| OCENA: 9/10 |
![]() |
| Mangę do recenzji dostarczyło wydawnictwo Waneko. Komiks można również znaleźć na Komiksiarnia Katowice i Ceneo. |
Twórca Popkulturowego Kociołka. Z popkulturą i tworzeniem autorskich tekstów związany od 2002 roku. Specjalizuje się w tematyce kultury Japonii oraz rynku komiksowego. Jako publicysta od lat śledzi rozwój mangi i anime, zamieniając wieloletnią pasję w rzetelne recenzje i analizy literatury oraz gier.
