
Blade runner: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach to nie jest klasyczna opowieść o przyszłości. Philip K Dick używa futurystycznego świata tylko jako pretekstu do rozmowy o tym, kim właściwie jesteśmy. To pozycja gdzie granica między sztucznym życiem i prawdziwym staje się coraz mniej wyraźna. Ta książka zostawia czytelnika z niepokojem, który trudno uciszyć.
Streszczenie fabuły
Akcja toczy się na zniszczonej radioaktywnym pyłem Ziemi, gdzie niemal całe życie organiczne wyginęło, a nieliczni ludzie marzą o emigracji na Marsa. Rick Deckard, cyniczny łowca nagród, otrzymuje zadanie wyeliminowania grupy zaawansowanych androidów typu Nexus-6, które nielegalnie uciekły z kolonii na Ziemię. W świecie, w którym posiadanie prawdziwego zwierzęcia jest najwyższym dowodem statusu społecznego i człowieczeństwa, Deckard desperacko próbuje uzbierać pieniądze na żywe stworzenie. Podczas polowania, podczas którego musi odróżnić maszyny od ludzi, zaczyna kwestionować własne fundamenty egzystencji. Czy to, co uważa za swoją empatię, jest autentyczne, czy może sam jest tylko produktem?
Blade runner: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? jako literatura pytań bez odpowiedzi
Nie da się czytać tej książki, nie mając w głowie obrazów z filmowego Blade Runnera. To przekleństwo i błogosławieństwo zarazem. Kiedy otwierasz pierwsze strony, podświadomie szukasz klimatu deszczowego Los Angeles, tej słynnej muzyki Vangelis, tego wizualnego przepychu. Jednak Philip K. Dick serwuje nam coś zupełnie innego. Jego miasto jest surowe, niemal ascetyczne, a sam Deckard? Daleko mu do filmowego Harrisona Forda. To facet z bagażem nieudanych relacji, z żoną pogrążoną w depresji.
Autor ponadto nie prowadzi czytelnika za rękę, nie buduje komfortowej narracji, tylko wrzuca go w świat, który jest rozchwiany, niepewny i miejscami wręcz nieprzyjemny. W tym świecie nic nie jest stabilne, nawet sam człowiek. I właśnie to poczucie ciągłej niepewności staje się fundamentem całej opowieści.
Książka zdecydowanie nie jest łata w odbiorze i niejednokrotnie trzeba powtarzać przeczytane fragmenty, aby je dobrze zrozumieć. Najbardziej uderza tu sposób, w jaki autor traktuje rzeczywistość. Nie jest ona czymś stałym, lecz raczej konstrukcją, która może się rozpadać pod wpływem najmniejszego pęknięcia w percepcji. Czy jest to wada? Zdecydowanie nie, dzięki temu książka wyróżnia się na tle całego gatunku sci-fi i niezależnie ile razy będziemy ją czytać, to zawsze inaczej do niej będziemy podchodzić.
W tle tego wszystkie pojawia się świat po katastrofie, ale nie jest on przesadnie opisany. Philip K Dick nie skupia się na dekoracjach, tylko na konsekwencjach. Ziemia jest miejscem wypalonym, pozbawionym dawnego życia, a ludzie próbują nadać sens swojej egzystencji poprzez rzeczy zastępcze. Jednym z najważniejszych elementów tego świata jest obsesja posiadania zwierząt.
Właśnie tutaj zaczyna się jedna z najciekawszych warstw książki Blade runner: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? Zwierzęta elektroniczne stają się imitacją życia, która ma zastąpić brak natury. To jednak nie jest tylko kwestia ekonomii czy technologii. To pytanie o to, czy imitacja może mieć jakąkolwiek wartość emocjonalną. I czy człowiek, który akceptuje imitację, nadal pozostaje w pełni człowiekiem.
Rozpad granicy człowieczeństwa
Najważniejszym tematem powieści jest empatia. Philip K Dick traktuje ją jako coś, co ma odróżniać ludzi od androidów, ale szybko okazuje się, że ta granica jest bardzo niepewna. Empatia nie jest tutaj czymś oczywistym. Jest raczej mechanizmem, który można symulować, wzmacniać lub osłabiać. W efekcie pytanie o człowieczeństwo przestaje mieć prostą odpowiedź.
Deckard zaczyna tracić pewność co do tego, kogo właściwie eliminuje. Androidy, które ma zlikwidować, nie zachowują się jak bezduszne maszyny. Mają emocje, reakcje i instynkt przetrwania, który nie różni się tak bardzo od ludzkiego. W pewnym momencie różnice zaczynają się zacierać do tego stopnia, że sam bohater staje się częścią własnego kryzysu tożsamości.
Ważnym elementem jest również system religijnego doświadczenia empatii, który łączy ludzi w zbiorowym przeżyciu cierpienia. Nie jest to jednak religia w klasycznym sensie. To raczej psychologiczny mechanizm, który ma utrzymać ludzi w poczuciu wspólnoty. I nawet on nie daje pełnej odpowiedzi na pytanie, czym jest prawdziwe człowieczeństwo.
To właśnie empatia najmocniej odróżnia też książkę od filmu. W filmie jest ona zarysowana gdzieś w tle. W książce to główna oś konstrukcyjna, która mocno oddziałuje na odbiorcę.
Bohaterowie i ich wewnętrzna walka
Postacie w tej książce nie są stworzone po to, aby budzić sympatię. Rick Deckard jest postacią wyraźnie niejednoznaczną. Nie ma w nim heroizmu, jest raczej zmęczenie i rutyna. Pozostałe postacie również nie są idealizowane. Każda z nich nosi w sobie pewien rodzaj pęknięcia, które wpływa na jej działania.
To właśnie brak jednoznacznych bohaterów sprawia, że książka działa inaczej niż klasyczne opowieści. Czytelnik nie ma komu w pełni zaufać, co tylko wzmacnia poczucie niepewności. Nawet androidy nie są przedstawione jako typowi antagoniści. Ich obecność raczej komplikuje obraz świata niż go upraszcza.
Wady i niedociągnięcia
Czy książkowy Blade runner jest dziełem perfekcyjnym? Odpowiedź może być jedna – nie. Książka momentami wydaje się szkicem pomysłów, które potem w filmie zostały doszlifowane do perfekcji. Niektóre wątki są potraktowane po macoszemu. Autor rzuca pomysł, który brzmi jak coś fascynującego, ale nie poświęca mu wystarczająco dużo miejsca, by w pełni go zrozumieć. Czasem irytuje też chłód stylu. Nie ma tu emocjonalnej głębi w narracji, wszystko jest podane jak w protokole policyjnym. Dla kogoś, kto oczekuje, że autor złapie go za rękę i poprowadzi przez emocje bohaterów, będzie to zimny prysznic.
Czy warto przeczytać?
Blade runner: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? to książka, która nie daje spokoju i właśnie w tym tkwi jej siła. Nie chodzi tu o akcję ani rozwiązania fabularne, ale o to, co zostaje w głowie po zakończeniu lektury. To powieść, do której nie wraca się dla historii, tylko dla pytań, które nadal nie tracą aktualności.
Brak uproszczeń, które narzuciło kino.
Wciągający, choć duszny klimat.
Narracja skłaniająca do głębszych refleksji.
Momentami zbyt szybkie tempo lub zbyt zdawkowe traktowanie niektórych wątków.
| OCENA: 10/10 |
![]() |
| Książkę do recenzji dostarczyło wydawnictwo Rebis. Ciekawe tytułu do przeczytania znajdziecie również na na Komiksiarnia Katowice i Ceneo. |
Twórca Popkulturowego Kociołka. Z popkulturą i tworzeniem autorskich tekstów związany od 2002 roku. Specjalizuje się w tematyce kultury Japonii oraz rynku komiksowego. Jako publicysta od lat śledzi rozwój mangi i anime, zamieniając wieloletnią pasję w rzetelne recenzje i analizy literatury oraz gier.
