Batman w 1939 roku. Recenzja komiksu Bat-Man: Pierwszy rycerz.

Okładka komiksu Batman Pierwszy Rycerz: Batman w kostiumie retro przy starym aucie w stylistyce lat 30.

Są takie komiksy DC, które zamiast bawić się konwencją, próbują ją odtworzyć od podstaw. Do tego grona z pewnością trzeba zaliczyć album Bat-Man: Pierwszy rycerz. Jest to historia osadzona w 1939 roku, gdzie Gotham tonie w strachu, a nowy Bat-Man dopiero uczy się, czym właściwie jest jego misja. To nie jest jednak kolejny zwykły album o superbohaterze. O tym czy warto przeczytać  kolejną genezę zamaskowanego obrońcy Gotham, można się przekonać czytając poniższą recenzję komiksu. 


Streszczenie fabuły Bat-Man: Pierwszy rycerz.

Akcja rozgrywa się tutaj w 1939 roku. Gotham pogrąża się w strachu, a miasto nawiedzają brutalne morderstwa wymierzone w wpływowe osoby. W tym samym czasie na ulicach pojawia się Bat-Man, dopiero zaczynający swoją krucjatę przeciwko przestępczości. Sprawa szybko komplikuje się, gdy okazuje się, że część sprawców powinna być martwa i dawno spoczywać w ziemi. Jedynym realnym sprzymierzeńcem Bat-Mana staje się Jim Gordon, próbujący poskładać sens tej niemożliwej zagadki.


Album Bat-Man: Pierwszy rycerz od początku stawia na klimat i to widać właściwie na każdym poziomie narracji. Gotham roku 1939 nie jest tu tylko tłem, ale pełnoprawnym organizmem, który oddycha strachem, polityką i społecznym napięciem. Dan Jurgens nie próbuje pisać klasycznej superbohaterskiej historii, tylko raczej opowieść noir, która przypadkiem ma w sobie Bat-Mana. I w tym miejscu zaczynają się zarówno najmocniejsze strony tego albumu, jak i jego problemy.

Scenariusz.

Scenariusz Dan Jurgensa to próba powrotu do korzeni pulpowej literatury, gdzie Batman był bardziej detektywem z dreszczowca niż członkiem Ligi Sprawiedliwości. Świetnie prezentuje się tu decyzja o osadzeniu akcji w konkretnym momencie historycznym, gdzie w tle majaczy widmo Hitlera i nazizmu, co nadaje opowieści ciężaru gatunkowego, którego często brakuje we współczesnych realiach.

Widzimy tu Bruce’a Wayne’a, który jest boleśnie ludzki. Popełnia błędy, obrywa od silniejszych od siebie i kwestionuje sens swojej misji. Jego rozmowy z rabinem Jakobem Cohenem to jedne z najmocniejszych punktów tego albumu, wprowadzające rzadko spotykany w tym medium dyskurs etyczny i religijny.

To co jednak najbardziej uderza w tej pozycji, to odwaga w pokazywaniu bezbronności bohatera. Samotność Bruce’a jest tu wręcz namacalna, a jego zmagania z brutalną rzeczywistością Gotham lat 30. są niezwykle angażujące. Komiks porusza tematy trudne, jak antysemityzm, korupcja systemowa czy trauma wojenna, nie robiąc tego jednak w sposób łopatologiczny, lecz wplatając je w tkankę miejskiego koszmaru.

Oczywiście, nie jest to komiks pozbawiony pewnych potknięć. Wprowadzenie wątku niemal nadnaturalnych, „wskrzeszonych” morderców uderza nieco w ten gęsty, realistyczny klimat noir, który budowany jest tak pieczołowicie przez pierwsze strony. Momentami miałem wrażenie, że Jurgens nie mógł się zdecydować, czy chce pisać poważny dramat historyczny o rodzącym się faszyzmie w Ameryce, czy klasyczny horror klasy B o zombie. Ta dwoistość sprawia, że pewne przejścia fabularne wydają się nieco skokowe, jakby brakowało kilku stron. Pewne zastrzeżenia można mieć tu również do niektórych dialogów. Prowadzone rozmowy zazwyczaj są dobrze rozpisane, bywają jednak momenty zbyt ekspozycyjne, tłumaczące czytelnikowi rzeczy, które rysunki Perkinsa już dawno opowiedziały samym nastrojem.

Rysunki.

Nawet najdrobniejszej uwagi nie można mieć za to do samych rysunków. Styl Mike’a Perkinsa jest realistyczny, momentami wręcz filmowy, z wyraźnymi inspiracjami estetyką kina noir. Każda kreska, każdy cień jest tu przemyślany, a tekstura świata przedstawionego jest tak gęsta, że niemal czuć zapach taniego tytoniu i mokrego betonu. Światło i cień grają tu pierwsze skrzypce, a każda plansza wygląda jak kadry z dobrze wyreżyserowanego thrillera. Perkins genialnie operuje również kontrastem, sprawiając, że Gotham wygląda jak pułapka bez wyjścia, a sylwetka bohatera wtapia się w to otoczenie w sposób naturalny i fascynujący.


Czy warto przeczytać Bat-Man: Pierwszy rycerz?

Bat-Man: Pierwszy rycerz to brutalna i piękna podróż do korzeni strachu, która przypomina, dlaczego w ogóle pokochaliśmy postać Batmana. Ma momenty naprawdę mocne, szczególnie wizualnie i klimatycznie. Jednocześnie nie zawsze udaje mu się utrzymać spójność narracyjną. Jest to jednak tytuł po który zdecydowanie warto sięgnąć. 

PLUSY: MINUSY:

  • Genialna, mroczna oprawa graficzna.
  • Mocny, mroczny klimat Gotham.
  • Ciekawy pomysł na młodego Bat-Mana.
  • Dobrze oddane realia 1939 roku.

  • Nieco zbyt szybkie i łatwe rozwiązanie głównej intrygi.
  • Dialogi bywają momentami sztywne.

 

OCENA: 8/10
Ocena komiksu Bat-Man: Pierwszy rycerz.Jeden z najbardziej klimatycznych projektów z udziałem Mrocznego Rycerza, jakie ukazały się w ostatnich latach. Dan Jurgens i Mike Perkins stworzyli opowieść, która zamiast na nowoczesnych gadżetach, opiera się na gęstym nastroju i historycznym ciężarze. Choć elementy fantastyczne mogą niektórym wydać się zbędne, to wizualna strona albumu całkowicie rekompensuje te niedociągnięcia. Czytając ten komiks, poczujecie chłód przedwojennego Gotham na własnej skórze, co jest doświadczeniem wartym każdej wydanej złotówki. Dla kogo? Dla fanów mrocznych reinterpretacji Batmana i czytelników lubiących noir. Podobne tytuły wydane w Polsce to między innymi Batman: Rok Pierwszy oraz Batman: Biały Rycerz. 

Album do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont. Komiks można również znaleźć w Komiksiarni Katowice i na Ceneo.