
Co by było, gdyby Clint Eastwood (w spódnicy) wszedł w środek snu Guillermo del Toro? Odpowiedź na to dość surrealistyczne pytanie można znaleźć w komiksie Ain’t No Grave, który pojawił się na naszym rynku nakładem Shock Comics. To historia, która nie udaje łatwej rozrywki, tylko od razu stawia pytania o granice człowieka i jego strach przed końcem. Czy warto więc sięgnąć po ten album? Można się tego przekonać poświęcając czas na przeczytanie poniższej recenzji komiksu.
Streszczenie fabuły Ain’t No Grave.
Główną bohaterką opowieści jest Ryder, była banitka, która po latach krwawej profesji odnalazła spokój u boku męża i córki. Sielanka ta zostaje jednak brutalnie przerwana przez śmiertelną chorobę, która wyznacza bohaterce bardzo krótki termin życia. Zamiast czekać na nieuniknione, kobieta wyciąga z szafy stare rewolwerowe pasy i wyrusza w surrealistyczną podróż do mitycznego miasta Cypress. Jej cel jest jeden: konfrontacja ze Śmiercią i zmuszenie jej do zmiany planów, bez względu na cenę, jaką przyjdzie jej zapłacić.
Sięgając po ten album naprawdę wiele od niego oczekiwałem, szczególnie biorąc pod uwagę wcześniejsze dokonania duetu Young i Corona. Oczekiwania te zostały w pełni spełnione, a nawet momentami przekroczone. Ain’t No Grave to bowiem komiks, który nie próbuje być wiarygodnym westernem akcji. Twórcy od samego początku budują tu opowieść, która z jednej strony opiera się na znanym szkielecie gatunku, ale z drugiej rozciąga go do granic fantazji i emocjonalnego ciężaru. To nie jest historia o strzelaninach, tylko o tym, co dzieje się w człowieku, kiedy zaczyna przegrywać z czymś, czego nie da się zastrzelić.
Scenariusz.
Fabuła rozwija się tu w sposób pozornie prosty. Podróż, kolejne spotkania, kolejne przeszkody. Jednak każdy z tych elementów ma ciężar większy, niż można by się spodziewać. Spotkania nie są tylko epizodami. Są lustrami, w których odbija się Ryder i jej wybory. Komiks bardzo często operuje niedopowiedzeniem, pozwala scenom wybrzmieć bez zbędnych komentarzy.
Young prowadzi narrację dwutorowo. Z jednej strony mamy teraźniejszość, czyli podróż przez krainy, które przypominają Red Dead Redemption skrzyżowane z Elden Ring. Z drugiej zaś retrospekcje powracają do przeszłości bohaterki. Kontrast między młodą, drapieżną dziewczyną a obecną, schorowaną kobietą, która znów musi stać się potworem, by chronić swoje szczęście, jest naprawdę świetnie rozpisany.
Tempo narracji jest specyficzne. Niektórym może wydać się trochę nierówne. Są momenty, w których historia niemal się zatrzymuje, skupiając się na nastroju, nie akcji. Ale to nie jest błąd, tylko świadomy wybór. Ain’t No Grave nie spieszy się do swojego finału, przecież śmierć i tak czeka na końcu drogi.
Jeżeli chodzi o samą Ryder, to pozornie wpisuje się ona w archetyp samotnego rewolwerowca. Twarda, milcząca, z przeszłością, która nie daje o sobie zapomnieć. Tyle że bardzo szybko okazuje się, że to tylko powierzchnia. Pod nią kryje się ktoś znacznie bardziej emocjonalny i naznaczony traumami. Matka, która nie umie pogodzić się z myślą o utracie wszystkiego, co ją definiuje. Kobieta, która jednocześnie chce uciec od przemocy i nie potrafi przestać po nią sięgać.
Ain’t No Grave ma jednak również swoje wady, a w zasadzie jedną wadę. Momentami można tu odczuć, że niektóre wątki są tylko ledwie zarysowane. Świat ma potencjał na coś większego, bardziej rozbudowanego. Chciałoby się zostać w nim dłużej, poznać więcej postaci, zobaczyć więcej historii pobocznych.

Rysunki.
Do bardzo mocnych stron komiksu z pewnością zalicza się jego oprawa graficzna. Styl Jorge Corony jest lekko deformowany, nieidealny, ale przez to bardziej żywy. Postacie wyglądają jakby były wyrwane z gorączkowego snu o Dzikim Zachodzie. Krajobrazy są jednocześnie piękne i niepokojące. Czasem szerokie kadry pokazują pustkę, która aż boli w oczach. Innym razem ciasne ujęcia zamykają bohaterów w klaustrofobicznej przestrzeni. Kolory Jean-Francois Beaulieu robią ogromną robotę. To nie jest klasyczny western w brązach i beżach. Tu wszystko jest bardziej miękkie, momentami wręcz oniryczne. Świat Ain’t No Grave wygląda jak miejsce pomiędzy życiem a snem, co idealnie pasuje do tematu śmierci, który przewija się przez całą historię.
Czy warto przeczytać Ain’t No Grave?
Ain’t No Grave to jedna z tych opowieści, które udowadniają, że komiks jest medium idealnym do opowiadania o najtrudniejszych ludzkich emocjach. Ryder i jej walka z losem zostaną z czytelnikiem na naprawdę długo, przypominając, że czas to najcenniejsza waluta, jaką dysponujemy.
| PLUSY: | MINUSY: |
|
|
| OCENA: 9/10 |
![]() Komiks, który nie próbuje być prostą westernową opowieścią przygodową. To raczej emocjonalna podróż przez strach, żal i desperację. Skottie Young tworzy historię, która skupia się na człowieku postawionym w sytuacji bez wyjścia. To mroczna, egzystencjalna podróż, która wykorzystuje sztafaż westernu, by opowiedzieć o rzeczach ostatecznych. Jorge Corona nadaje temu światu zaś wizualną tożsamość, która zostaje w pamięci. Dla kogo? Dla dojrzałych czytelników, którzy cenią autorskie wizje, mroczne fantasy i historie, w których emocje są ważniejsze od strzelanin. Podobne komiksy: Ladies with guns, Cartland, Undertaker. |
| Album do recenzji dostarczyło wydawnictwo Shock Comics. Ciekawe Komiksy można również znaleźć na Komiksiarnia Katowice i Ceneo. |
Twórca Popkulturowego Kociołka. Z popkulturą i tworzeniem autorskich tekstów związany od 2002 roku. Specjalizuje się w tematyce kultury Japonii oraz rynku komiksowego. Jako publicysta od lat śledzi rozwój mangi i anime, zamieniając wieloletnią pasję w rzetelne recenzje i analizy literatury oraz gier.
