Kubuś i Przyjaciele jako cinestory. Uroczy album czy zły pomysł?

Okładka komiksu Kubuś i Przyjaciele na miodowym tle. Recenzja komiksu Disney ujawnia ciepłą historię o przygodach Puchatka, Tygryska, Prosiaczka i Kłapouchego.

Co się dzieje, kiedy 63-minutową animację rozciąga się aż na 372 strony? Kubuś i Przyjaciele daje na to odpowiedź, zamieniając film w bardzo specyficzne doświadczenie czytelnicze. Po drodze nie brakuje humoru, znanych bohaterów i wizualnego uroku, ale papier potrafi też boleśnie zwolnić tempo.


Celebracja stulecia powstania klasycznej postaci Alana Alexandra Milne’a przynosi na nasz rynek najróżniejsze publikacje. Wydawnictwo Egmont postanowiło przypomnieć czytelnikom udaną, ręcznie rysowaną animację kinową z 2011 roku, wydając ją w formie komiksowej adaptacji – Kubuś i Przyjaciele. Zamiast klasycznego rysunku otrzymujemy jednak tomik złożony w całości ze stopklatek, co od razu narzuca bardzo specyficzny charakter całej lekturze.


Sześćdziesiąt minut filmu rozpisane na setki stron

Kubuś i Przyjaciele zaczyna się dokładnie tak, jak powinna zaczynać się dobra puchatkowa historia. Kubuś jest głodny, a jego myśli krążą wokół miodku, po czym wizyta u Krzysia przynosi tajemniczą wiadomość. Kiedy Sowa odczytuje ją, mieszkańcy Stumilowego Lasu dochodzą do wniosku, że ich przyjaciel został porwany przez Bendezara. Z tego prostego nieporozumienia wyrasta wyprawa całej grupy.

Fabuła albumu bazuje bezpośrednio na filmie kinowym z 2011 roku, który czerpał z rozdziałów książek Alana Alexandra Milne’a. Mamy tu do czynienia z prostą, zamkniętą w ramach jednego dnia historią. Konstrukcja scenariusza w oryginale opierała się na gęstym humorze, grach słownych i slapstickowych sytuacjach. 

Problem z albumem zaczyna się jednak na poziomie samej komiksowej adaptacji. Kubuś i Przyjaciele nie tworzy własnego rytmu opowiadania. Kadry filmu zostały przeniesione do układu komiksowego, a dialogi umieszczono w dymkach. W rezultacie wydarzenia, które w animacji trwają kilka sekund, potrafią zajmować kilka stron. Kubuś wykonuje prostą czynność, a czytelnik ogląda kolejne fazy tego ruchu. Na ekranie takie rozciągnięcie nie istnieje, bo ruch, montaż i czas wykonują całą pracę.

To właśnie tempo jest największym scenariuszowym problemem albumu. Nie chodzi o to, że historia jest zbyt prosta. Puchatkowe opowieści często opierają się przecież na bardzo prostych sytuacjach. Kłopot polega na tym, że papierowa wersja nie wykorzystuje możliwości komiksu do ich przetworzenia. Zamiast skrócić, przestawić albo zaakcentować wybrane momenty, zachowuje filmową konstrukcję niemal bez zmian.

To samo dotyczy się filmowych piosenek. Album zachowuje muzyczne sekwencje wraz z pełnymi tekstami utworów i choreografią, z wyjątkiem piosenki z napisów końcowych. To rozwiązanie pokazuje jednocześnie zaletę i ograniczenie całego projektu. Na papierze można zachować tekst piosenki i kolejne pozy bohaterów, ale nie można odtworzyć doświadczenia jednoczesnego słuchania muzyki i oglądania animacji. Czytelnik dostaje więc zapis czegoś, co w filmie działa jako połączenie dźwięku, ruchu i obrazu.

W efekcie historia sama w sobie pozostaje sympatyczna, lecz sposób jej podania jest znacznie mniej płynny. Filmowy materiał został potraktowany bardzo dosłownie. To interesujące jako dokumentacja konkretnej animacji, ale jako samodzielne doświadczenie komiksowe od początku musi walczyć z ograniczeniami własnej formy.

Kubuś, Prosiaczek i reszta ekipy. Co działa w bohaterach albumu?

Pod względem kreacji postaci tom pozostaje całkowicie wierny tradycji ustanowionej przez literacki pierwowzór i utrwalonej przez wytwórnię Disneya. 

W opowieści pojawia się kompletna, doskonale znana ferajna: Kubuś, Prosiaczek, Tygrys, Kłapouchy, Królik, Sowa, Kangurzyca oraz Maleństwo. Interakcje między nimi budowane są na głupiutkich pomyłkach, prostoduszności i wzajemnej trosce. Kubuś i Przyjaciele działa według dobrze znanych schematów – poszukiwanie jedzenia przez misia przeplata się z melancholią osiołka i chaotyczną narracją Sowy, która staje się motorem napędowym całej bezsensownej wyprawy ratunkowej. 

Sposób prowadzenia bohaterów opiera się w pełni na dialogach przeniesionych bezpośrednio z dubbingu oraz skryptu filmowego. Tracą oni jednak sporo ze swojej ekranowej energii. O ile wierszyki i gry słowne nadal potrafią wywołać uśmiech, o tyle pozbawienie postaci głosu aktorów oraz płynnego ruchu sprawia, że ich reakcje wydają się nieco sztuczne. Bohaterowie utknęli w nieruchomych kadrach, przez co ich ekspresja bywa rwana, a emocje, które na ekranie budowały slapstickowy dowcip, na papierze wymagają od czytelnika sporej dozy wyobraźni, by złożyć je w spójną całość.

Stumilowy Las nadal zachwyca, nawet zatrzymany w pojedynczych kadrach 

Świat przedstawiony w publikacji to nostalgiczna, pełna ciepła przestrzeń, która nawiązuje do klasycznych ilustracji Ernesta Howarda Sheparda oraz pierwszych animacji Disneya. 

Stumilowy Las jest miejscem przyjaznym, pozbawionym realnego zagrożenia, gdzie nawet wymyślony potwór Bendezar staje się jedynie pretekstem do wspólnej przygody i zabawy. Pod podszewką tej prostej historii kryje się bezpretensjonalna atmosfera dzieciństwa, w której największym problemem jest brak miodu lub zgubiony ogon. 

Komiks zachowuje ten uroczy, sielski klimat oryginału, budując przestrzeń opartą na ciepłych barwach, łagodnych krajobrazach i poczuciu bezpieczeństwa. Jest to świat skrojony pod najmłodszych odbiorców, ale też czytelników szukających czystej nostalgii.

Ponad tysiąc kadrów 

Od strony wizualnej nie mamy do czynienia z tradycyjnie narysowanym komiksem. Zespół pod kierownictwem Roberta Greenbergera wyciął z animacji z 2011 roku ponad tysiąc stopklatek i ułożył je w komiksową siatkę z dymkami.

Same kadry, wyjęte bezpośrednio z ręcznie rysowanej animacji nawiązującej do akwareli, są obiektywnie ładne i estetyczne. Jednak jako spójna oprawa graficzna komiksu rozwiązanie to sprawdza się co najwyżej poprawnie.

Animacja opiera się na ciągłym ruchu, a usunięcie klatek pośrednich sprawia, że pantomima bohaterów staje się trudna do odczytania. Czytelnik zmuszony jest do oglądania ciągów niemal identycznych ilustracji, na których postać wykonuje zaledwie minimalny gest, co generuje mnóstwo niemych stron. Układ graficzny opiera się na bardzo sztywnej, sześciopolowej siatce, co potęguje wrażenie monotoni. Nawet ładne wykończenie tomu, wysokiej jakości papier i barwione brzegi w wzór plastra miodu nie są w stanie przesłonić faktu, że warstwa wizualna jest po prostu leniwą kopią filmu, a nie przemyślanym projektem komiksowym.


Czy warto sięgnąć po Kubusia i Przyjaciół?

Album ten jest wyłącznie ciekawostką edytorską i eksperymentem, który w praktyce czytelniczej sprawdza się po prostu słabo. Skrajnie rozciągnięte tempo oraz wysoka cena sprawiają, że trudne staje się jednoznaczne polecenie tego tomu wymagającemu i świadomemu czytelnikowi. Tytuł sprawdzi się jednak w przypadku młodych odbiorców i może być dla nich ciekawym prezentem.

 Piękne, akwarelowe kadry pochodzące z udanej animacji kinowej.

  Bardzo ładne wydanie z barwionymi brzegami i wysokiej jakości papierem.

  Zgodność z klasycznym, ciepłym humorem i duchem twórczości Milne’a.

  Duża objętość i efektowna forma kolekcjonerska. 

  Drastycznie zaburzone, nużące tempo prowadzenia opowieści.

  Brak płynności w sekwencjach ruchowych i slapstickowych.

  Leniwa forma adaptacji polegająca jedynie na wycinaniu stopklatek.

  Duża liczba stron nie oznacza większej zawartości fabularnej. 

 

OCENA: 5/10
Ocena albumu Kubuś i Przyjaciele od wydawnictwa Egmont.Otrzymujemy tu publikację będącą próbą zamknięcia animacji kinowej w ramach sztywnej komiksowej siatki. Choć opowieść niesie za sobą wartościową, klasyczną treść pełną ciepła, sama forma adaptacji całkowicie niszczy jej odbiorczy potencjał. Wykorzystanie stopklatek zamiast autorskich rysunków wygenerowało dziesiątki niemych, niepotrzebnych pól i sztucznie wydłużyło czas lektury. Całość broni się jedynie jako ładnie wydany album, jednak jako autonomiczny komiks ponosi porażkę na poziomie samej dynamiki przekazu. Dla kogo? Dla największych fanów Kubusia Puchatka, kolekcjonerów disnejowskich publikacji i naprawdę młodych odbiorców bajkowych treści.

Album do recenzji dostarczyło wydawnictwo Egmont. Komiks można również znaleźć w Komiksiarni Katowice i na Ceneo.
PopKulturowy Kociołek

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.