
Co zostaje z przyjaźni, gdy śmierć jednego jednego z przyjaciół zmienia wszystkich pozostałych w potencjalnych podejrzanych? Klub Blaszanej Puszki rozpoczyna się od brutalnego morderstwa Johnny’ego Moore’a, człowieka, który zdobył sławę zarówno dzięki technologicznym wynalazkom, jak i działalności superbohaterskiej. Śledztwo prowadzone przez jego dawnych kumpli szybko staje się czymś więcej niż próbą wskazania winnego. W grę wchodzą bowiem również dawne urazy, ambicje i wspomnienia, którym trudno ufać.
Nie każda superbohaterska opowieść musi zaczynać się od ratowania świata, a Klub Blaszanej Puszki udowadnia, że równie dobrym zapalnikiem historii może być śmierć jednego człowieka. Johnny Moore pozostawia po sobie nie tylko technologiczną spuściznę, lecz także grupę dawnych przyjaciół, z których każdy musi skonfrontować własne wspomnienia z ponurą teraźniejszością. Właśnie ta mieszanka osobistego dramatu i kryminalnej zagadki sprawia, że początek komiksu ma w sobie sporo obietnicy, ale…
Peter Warren miał świetny pomysł. Problem w tym, jak wykorzystał go w fabule
Klub Blaszanej Puszki stawia na niezwykle intrygujący punkt wyjścia, który od pierwszej strony budzi ciekawość. Johnny Moore, genialny wynalazca i człowiek z niepełnosprawnością, buduje technologię, która pozwala mu poruszać się w zbroi, a następnie przyjmuje rolę superbohatera. Z czasem zdobywa sławę i ogromne pieniądze, ale jego historia kończy się brutalnym morderstwem. Sprawą tą szybko interesują się jego dawni przyjaciele, którzy przez lata zdążyli się od siebie oddalić.
Połączenie śledztwa, skomplikowanej przeszłości i superbohaterskiego komiksu ma znacznie więcej sensu niż kolejna opowieść o herosie walczącym z nadnaturalnym przeciwnikiem. Tutaj stawką jest również zrozumienie człowieka, którego każdy z pozostałych bohaterów mógł znać z nieco innej strony. Sam scenariusz ponadto próbuje wyrwać się ze schematycznej superbohaterskiej sztampowości i poprawności znanej z gigantycznych wydawnictw, oferując bardziej przyziemne spojrzenie na postać superbohatera. Trudno też nie docenić pomysłu na na osadzenie superbohaterskiego motywu w realiach fizycznej niedoskonałości, co wypada nadzwyczaj wiarygodnie i stanowi najsilniejszy fundament całej intrygi.
Scenariuszowy problem pojawia się jednak wtedy, kiedy w miarę rozwoju dziewięciozeszytowej historii, narracja zaczyna tracić swój pierwotny urok. Autor wyraźnie spieszy się z domknięciem poszczególnych wątków, przez co środkowa część opowieści gubi logiczną ciągłość i wpada w schematyczne klisze. Początkowa zagadka obiecuje historię, w której odpowiedzi będą wynikały z charakterów, dawnych konfliktów i stopniowo odkrywanych faktów. Z czasem coraz wyraźniej widać jednak, że scenariusz chce również dostarczyć rozmachu typowego dla widowiskowego komiksu superbohaterskiego.
Nie mam nic przeciwko mocnej i szybkiej akcji. Tutaj niestety widowiskowość im bliżej jesteśmy finału mocniej wypiera tę część opowieści, która początkowo wydawała się najciekawsza. Zamiast pozwolić bohaterom odpowiednio długo zmierzyć się z konsekwencjami kolejnych odkryć, scenariusz niekiedy przeskakuje do następnego wydarzenia, bo wymaga tego konstrukcja intrygi.
Dawni przyjaciele czy obcy ludzie? Analiza bohaterów
Johnny Moore od dzieciństwa zmaga się z niepełnosprawnością, a dzięki pomysłowości i technicznym umiejętnościom tworzy rozwiązania ułatwiające mu poruszanie się. Później jego wynalazki stają się podstawą sukcesu zawodowego i pozwalają mu przyjąć tożsamość bohatera. Cenię takie podejście do gatunku, w którym wyjątkowość wynika z inteligencji i ciężkiej pracy, a nie przypadkowego otrzymania nadnaturalnych zdolności. Johnny nie jest jednak postacią bez wad, a jego historia najciekawiej wypada wtedy, gdy ujawnia rozdźwięk między publicznym wizerunkiem bohatera a prywatnymi relacjami.
Najlepsze fragmenty komiksu to te, które wracają do dzieciństwa grupy i pokazują, jak wspólne doświadczenia wpłynęły na późniejsze więzi. Przeszłość staje się tu nie tylko źródłem sentymentu, lecz także punktem odniesienia dla konfliktów i rozczarowań. Szczególnie interesujący jest motyw dawnych przyjaciół, którzy z czasem stają się sobie obcy, choć nadal łączy ich wspólna historia. Kasia, Adam, Greg i Val reprezentują różne doświadczenia związane z Johnnym, jego sukcesem i własnymi ambicjami. Niestety, nie wszystkie relacje otrzymują wystarczająco dużo miejsca, by wybrzmieć z pełną siłą. Część bohaterów sprawia wrażenie podporządkowanych intrydze, a ich reakcje bywają przewidywalne.
Brakuje przede wszystkim scen, w których postacie mogłyby rozwijać się poza kolejnymi etapami śledztwa i ujawnianiem sekretów. To szczególnie rozczarowujące, ponieważ właśnie relacje międzyludzkie powinny stanowić największą siłę tej historii. Mam również zastrzeżenia do sposobu przedstawienia niepełnosprawności Johnny’ego. Pomysł wykorzystania technologii do zwiększenia niezależności bohatera jest interesujący, ale momentami złożone doświadczenie niepełnosprawności zostaje sprowadzone do przeszkody, którą można pokonać dzięki genialnemu wynalazkowi.
Wizualny kunszt, który ratuje słabsze momenty fabuły
Warstwa wizualna w Klubie Blaszanej Puszki to bezapelacyjnie najjaśniejszy punkt całego komiksu, który zasługuje na najwyższe uznanie.
Rysunki Francesca Mobili zachwycają miękką, a zarazem dynamiczną kreską, która nadaje postaciom niesamowitą ekspresję i ludzki wymiar. Artysta doskonale radzi sobie zarówno z cichymi, kameralnymi scenami pełnymi emocji, jak i z trudniejszymi sekwencjami akcji, sprawiając, że pancerz głównego bohatera wygląda autentycznie i ciężko, a nie jak plastikowa zabawka.
Na osobną pochwałę zasługują palety barw dobrane przez Chrisa Chuckry’ego, które genialnie dzielą opowieść na dwie płaszczyzny czasowe. Ciepłe, żywe barwy wspomnień z młodości budują nostalgię, podczas gdy współczesne kadry toną w chłodnych, deszczowych odcieniach potęgujących uczucie żałoby i izolacji.
Wady i niedociągnięcia
Największym rozczarowaniem jest dla mnie to, że Klub Blaszanej Puszki sam podcina gałąź, na której siedzi. Zaczyna się od historii o przyjaźni, niepełnosprawności, ambicji i konsekwencjach sukcesu, a następnie scenariusz coraz mocniej podporządkowuje te elementy sztampowej akcji. Nie brakuje tu naprawdę dobrych pomysłów, brakuje za to cierpliwości, by naprawdę je rozwinąć.
Niektóre rozwiązania są zbyt łatwe do przewidzenia, a część konfliktów opiera się na dobrze znanych schematach. Zamiast pozwolić, by napięcie wynikało z psychologii postaci i konsekwencji ich wcześniejszych decyzji, scenariusz czasem wybiera drogę na skróty. Z kolei kolejne komplikacje potrafią osłabić przejrzystość intrygi. W kryminale nie każda odpowiedź musi być oczywista, ale czytelnik powinien czuć, że wskazówki prowadzą do rozwiązania, a nie jedynie przygotowują grunt pod następną niespodziankę.
Mam również problem z proporcjami. Pierwsza część historii potrafi budować ciekawość poprzez stopniowe odkrywanie relacji między bohaterami, jednak później na pierwszy plan coraz mocniej wysuwa się akcja. Finał stawia na rozmach, a to, co wcześniej mogło wyróżnić komiks na tle innych superbohaterskich opowieści, zaczyna schodzić na dalszy plan. Nie oczekuję kameralnego dramatu przez wszystkie dziewięć zeszytów. Chciałbym jednak, by widowiskowe rozwiązania wynikały z charakterów postaci i tematów historii, a nie sprawiały wrażenia celu samego w sobie.
Klub Blaszanej Puszki: komiks, który mógł być znacznie lepszy
Klub Blaszanej Puszki pozostawia mnie z mieszanymi odczuciami, ale nie dlatego, że brakuje mu dobrych pomysłów. Wręcz przeciwnie, jego największym problemem jest to, że potrafi pokazać, jak ciekawa mogłaby być ta historia, po czym nie zawsze wykorzystuje własne możliwości. Największe atuty to zaś oprawa graficzna, pomysł na superbohatera opartego na technologii oraz relacje dawnych przyjaciół. Nie żałuję poznania tej historii, ale trudno mi nie myśleć o tym, jak wiele zyskałaby dzięki głębszemu scenariuszowi i mocniej rozwiniętym bohaterom.
Świetny, przemyślany klimat nostalgii i mrocznego śledztwa.
Odważne podejście do tematu niepełnosprawności w kontekście superbohaterskim.
Nierówny scenariusz i przewidywalne rozwiązania.
Drastyczny spadek poziomu scenariusza w drugiej połowie tomu.
Spłycone rysy psychologiczne drugoplanowych bohaterów.
| OCENA: 5/10 |
Klub Blaszanej Puszki to komiks, który przyciąga ciekawą koncepcją i atrakcyjną oprawą, ale nie zawsze potrafi przekuć te zalety w równie dobrą historię. Najlepiej wypada wtedy, gdy skupia się na przeszłości bohaterów i wpływie sukcesu Johnny’ego Moore’a na jego relacje z dawnymi przyjaciółmi. Francesco Mobili i Chris Chuckry wykonują świetną pracę, nadając opowieści odpowiedni nastrój i wizualną dynamikę. Peter Warren ma kilka interesujących pomysłów, jednak z czasem zbyt mocno polega na gatunkowych schematach. W rezultacie kryminalna zagadka traci część swojej początkowej siły, a superbohaterska akcja nie zawsze rekompensuje niedostatki scenariusza. To lektura, która pozostawia po sobie przede wszystkim poczucie niewykorzystanej szansy. Dla kogo? Dla miłośników komiksów superbohaterskich z kryminalnym wątkiem, którym nie przeszkadza nierówna fabuła, jeśli w zamian dostają interesujący punkt wyjścia i bardzo dobrą oprawę graficzną. |
| Komiks do recenzji dostarczyło wydawnictwo Non Stop Comics. Serię można również znaleźć w ofercie Komiksiarnia Katowice i Ceneo. |
Twórca Popkulturowego Kociołka. Z popkulturą i tworzeniem autorskich tekstów związany od 2002 roku. Specjalizuje się w tematyce kultury Japonii oraz rynku komiksowego. Jako publicysta od lat śledzi rozwój mangi i anime, zamieniając wieloletnią pasję w rzetelne recenzje i analizy literatury oraz gier.
Klub Blaszanej Puszki