
Komiks to sztuka opowiadania obrazem, ale zanim powstaną rysunki, ktoś musi stworzyć historię. Kimś takim jest właśnie Marcello Bondi – jeden ze scenarzystów młodego pokolenia, który miał już okazję pracować dla takich gigantów jak Sergio Bonelli Editore czy Disney. W ramach serii Kociołkowe rozmowy opowiada on o swojej drodze do świata komiksu, inspiracjach oraz zdradza kulisy niektórych tytułów ze swojego bogatego dorobku.
Marcello Bondi, urodzony w 1995 roku w Sassuolo, to jeden z przedstawicieli młodego włoskiego pokolenia scenarzystów, który z niezwykłą lekkością łączy klasyczne dziedzictwo Sergio Bonelli Editore z nowoczesnym, międzynarodowym stylem. Od swojego debiutu w 2015 roku jego portfolio regularnie się powiększa. To ciekawa mieszanka historii z bohaterami takimi jak Tex, Zagor czy mroczny Diabolik. Wśród jego ważniejszych projektów znajdują się także komiksy fantasy, w tym album Kraina Khora, który pojawił się na naszym rynku nakładem wydawnictwa Elemental. Marcello Bondi jest również autorem scenariuszy publikowanych w różnych krajach Europy i poza nią. Jego projekty obejmują zarówno powieści graficzne, jak i krótsze historie w antologiach oraz projekty tworzone dla marki Disney. Jeśli chcecie bliżej przyjrzeć się jego twórczości i aktualnej działalności, warto zajrzeć na oficjalną stronę autora oraz jego profil na Instagramie i Facebook.
Jak zaczęła się Pana przygoda z komiksami i kiedy po raz pierwszy pomyślał Pan, że chciałby tworzyć je zawodowo?
Marcello Bondi: Zawsze powtarzam tę samą historię: kiedy byłem mały (na pewno nie miałem więcej niż 10 lat), czekała mnie podróż pociągiem z rodziną. Kupiłem wtedy zeszyt z przygodami Diabolika – to we Włoszech niezwykle popularna i słynna seria. Tak narodziła się moja pasja, która z czasem skłoniła mnie do poznawania kolejnych bohaterów i innych tytułów. Natomiast decyzja o tym, by spróbować swoich sił w komiksie zawodowo, zapadła później, gdy byłem w szkole średniej. Czułem się nieco rozczarowany tym, jak układało się moje życie, więc postanowiłem całkowicie postawić na komiks. Niestety do tej pory nie udało mi się jeszcze dojść do etapu, w którym praca ta pozwalałaby mi na pełne utrzymanie, ale kto wie… marzenia nigdy nie umierają, prawda?
| Notka redakcyjna: Diabolik to kultowy antybohater włoskiego komiksu, stworzony w 1962 roku przez siostry Giussani. Postać genialnego złodzieja zrewolucjonizowała tamtejszy rynek, wprowadzając format kieszonkowy i mroczniejszą tematykę. |

Jakie komiksy i autorzy mieli największy wpływ na Pana rozwój jako scenarzysty?
Marcello Bondi: Cóż, z pewnością był to Diabolik, ale także Tex. Przez pewien czas były to jedyne serie, po które sięgałem, zanim stopniowo zacząłem otwierać się na inne nurty, jak manga czy komiks amerykański. Na mój rozwój zawodowy ogromny wpływ mieli nauczyciele prowadzący kursy, w których brałem udział (Matteo Casali, Giovanni Barbieri, Giuseppe Zironi, Gianluca Morozzi, Massimo Vitali), a także bardziej doświadczeni scenarzyści, z którymi nawiązałem kontakt na późniejszym etapie (Luca Barbieri, Roberto Altariva, Matteo Bortolotti, Leonardo Valenti, Massimiliano Valentini). Generalnie jednak staram się czerpać wiedzę od każdego twórcy – uważam, że w tym fachu można nauczyć się czegoś od każdego.
| Notka redakcyjna: Wymienieni twórcy to uznani scenarzyści i pisarze pracujący dla największych europejskich i amerykańskich wydawnictw. |
Zaczął Pan pisać opowiadania w bardzo młodym wieku. Czy pamięta Pan swoją pierwszą historię?
Marcello Bondi: Tak, była to dwutomowa powieść fantasy. Dziś, kiedy do niej wracam, czuję lekkie zażenowanie… ale od czegoś trzeba przecież zacząć, prawda?
Czy miał Pan momenty zwątpienia w swojej drodze zawodowej
Marcello Bondi: Wciąż je miewam! Żartuję czasem, że jestem autorem, który jednego dnia postanawia rzucić pisanie komiksów, a w kolejne dni podtrzymuje tę decyzję. Prawdę mówiąc, gdy rozejrzymy się wokół, nie zostaje już wiele powodów, by dalej to robić… Nieliczni czytelnicy, którzy jeszcze zostali, wydają się bardziej skupieni na wytykaniu autorom najmniejszych potknięć. Wszystko przeniosło się do mediów społecznościowych: czytelnicy licytują się tam, kto ostrzej skrytykuje twórców, a autorzy z kolei rywalizują o to, kto wydaje więcej lub u prestiższego wydawcy. Dlatego w pewnym momencie postanowiłem, że będę pisał historie przede wszystkim dla siebie, dla czystej satysfakcji. Pisanie pozwala mi oderwać się od codziennych problemów – i to mi w zupełności wystarcza.
Czy zaczyna Pan od pomysłu na historię, bohatera czy może konkretnej sceny?
Marcello Bondi:To zależy, nie ma na to jednej reguły. Zawsze jednak musi pojawić się ten błysk, przysłowiowa „żarówka w głowie”, która sprawia, że myślę: „to jest naprawdę świetna historia”.
Jakie gatunki komiksowe lubi Pan najbardziej jako twórca?
Marcello Bondi: Najbardziej lubię noir i western (jak wspomniałem – Diabolika i Texa), ale w swojej twórczości staram się często sięgać po coś innego. Ciągłe powtarzanie tego samego schematu sprawia, że autor staje się leniwy, a praca zaczyna go nudzić. Trzeba nieustannie szukać nowych bodźców. Przykładowo, kiedyś wydawało mi się, że nigdy nie napiszę romansu… aż pewnego dnia wpadłem na – tak mi się przynajmniej wydaje – właściwy pomysł i po prostu to zrobiłem!
Co według Pana wyróżnia dobry scenariusz komiksowy?
Marcello Bondi: Nie czuję się kompetentny, by to oceniać. Moim zdaniem na jakość dzieła składa się tak wiele elementów, że nie sposób odpowiedzieć na to pytanie ot tak, z marszu. Mogę jedynie stwierdzić, że kryteria oceny często nie pokrywają się z gustami publiczności. Zdarzają się historie genialne, które nie zostają zrozumiane i przechodzą niemal bez echa, oraz takie pełne wad, które mimo to odnoszą gigantyczny sukces. Dlaczego tak się dzieje? To jedna z tych niewyjaśnionych zagadek życia.

Jak opisałby Pan idealną współpracę między scenarzystą a rysownikiem?
MB: Zdecydowanie każda ze stron musi szanować rolę tej drugiej. Nigdy nie pozwoliłbym sobie na fachowe ocenianie pracy rysownika – mogę mu oczywiście powiedzieć, co mi się podoba, a co nie, ale sam nie rysuję, więc nie śmiem wyrokować, czy coś jest wykonane poprawnie, czy nie. Muszę jednak przyznać, że czasem nie dostrzegam wzajemności w tym podejściu u niektórych artystów.
Jak radzi Pan sobie z tzw. blokadą twórczą podczas pracy nad scenariuszem?
MB: Nauczyłem się, że prędzej czy później „blokada” po prostu mija. Czasami trzeba się po prostu oderwać, zająć czymś innym, a potem wrócić do pracy z chłodną głową. Kiedy indziej z kolei wystarczy zmienić punkt widzenia. Na tym właśnie polega urok tego fachu.
Jakie projekty były dla Pana najbardziej wymagające?
MB: Było ich mnóstwo i to w przeróżnych formach. Mogę jednak przyznać, że największym wyzwaniem były dla mnie historie pisane dla postaci stworzonych przez innych autorów. W takim przypadku musisz (i to dosłownie) wejść w głowę bohatera, a tym samym zrozumieć sposób myślenia innego człowieka – niezależnie od tego, czy mówimy o postaci fikcyjnej, czy o jej twórcy.
Czy są projekty, których Pan żałuje lub których nie udało się zrealizować?
MB: Wiele projektów wciąż czeka w szufladzie. Mam nadzieję, że wcześniej czy później uda mi się je zrealizować.
Jak praca nad serią Horror Comics: Black & White wpłynęła na Pana postrzeganie czerni i bieli w komiksie?
MB: Zawsze czytałem komiksy czarno-białe i to właśnie takie lubię najbardziej. Jeśli zaś chodzi o tytuły, o których wspomniałeś – powstały one w czerni i bieli z prozaicznego powodu: po prostu nie miałem wtedy do dyspozycji żadnego kolorysty…
| Notka redakcyjna: Tradycyjny włoski komiks popularny, tzw. „Fumetti Bonelli”, od dekad wydawany jest niemal wyłącznie w czerni i bieli na papierze gazetowym, co stało się po części znakiem rozpoznawczym tamtejszej szkoły rysunku. |
Skąd wziął się pomysł na historię w albumie Kraina Khora i postać despotycznego czarnoksiężnika Khora?
MB: Szczerze mówiąc, nie pamiętam już dokładnie, jak zrodził się ten pomysł… Na pewno zależało mi na stworzeniu historii z mocnym zwrotem akcji w finale. To była moja pierwsza powieść graficzna, więc dziś dostrzegam w niej pewne niedociągnięcia wynikające z braku doświadczenia. Sam Khor powstał dość naturalnie – po prostu chciałem wykreować klasyczny czarny charakter.

Czy świat Khor’s Land ma swoją mapę i historię, której nie poznaliśmy w komiksie?
MB: Nie. To w gruncie rzeczy dość krótka historia, więc nie czułem potrzeby tworzenia pełnoprawnej mapy. Być może to właśnie jedna z tych oznak braku doświadczenia, o których wspomniałem wcześniej. Muszę jednak przyznać, że nigdy nie byłem wielkim fanem map w światach fantasy… Moje główne zainteresowanie zawsze skupiało się – i nadal skupia – przede wszystkim na samej fabule i bohaterach.
Jak narodził się pomysł na serię Samurai 2.0?
MB: Na ten pomysł naprowadził mnie Davide Villani, rysownik, z którym wtedy współpracowałem. To on rzucił hasło, by przedstawić samurajów jako futurystycznych grafficiarzy. I tak to się wszystko zaczęło.
Co było dla Pana największym wyzwaniem przy tworzeniu tej historii?
MB: Uważam, że był to moment mojego autorskiego przełomu, historia, przy której w pełni dojrzałem jako twórca. Przechodziłem wtedy przez trudny okres i chciałem – z własnej perspektywy – pokazać, jak ogromne znaczenie ma w świecie sztuka.
Jakie to uczucie pisać dialogi dla postaci tak kultowej jak Sknerus McKwacz?
MB: Cóż, to po prostu wspaniałe!
Jak wyglądał proces akceptacji Pana pomysłów na historie o Diaboliku?
MB: Przez lata model współpracy wielokrotnie ulegał zmianom. Kiedyś wydawnictwo oczekiwało bardzo szczegółowych streszczeń fabuły. Obecnie preferuje krótkie konspekty, by móc błyskawicznie ocenić, czy dany pomysł pasuje do charakteru postaci. Dopiero po takiej wstępnej akceptacji wydawca decyduje, czy powierzy rozwinięcie tego tematu mnie, czy też przekaże go swoim stałym, zaufanym scenarzystom.
Czy łatwiej pisze się Panu historie dla młodszych czytelników (jak komiksy Disneya), czy raczej dla dorosłej publiczności, np. w klimacie horroru lub noir?
MB: Zdecydowanie dla dojrzałego czytelnika. Pod wieloma względami daje mi to znacznie większą wolność twórczą.

Gdyby miał Pan możliwość zostać scenarzystą dowolnej serii Marvela lub DC, którą postać lub serię wybrałby Pan najchętniej?
MB: Zdecydowanie Spider-Man i Batman.
Czy zdarzyło się Panu napisać scenariusz, a potem całkowicie go odrzucić, bo uznał Pan, że jest zbyt mroczny lub przesadzony?
MB: Nie, zawsze jestem bardzo przywiązany do tego, co wychodzi spod mojego pióra. Napisałem mnóstwo mrocznych historii i to właśnie te lubię najbardziej!
Jak Pan ocenia kondycję włoskiego komiksu niezależnego w porównaniu do mainstreamu?
MB: Cóż… powiedzmy, że widzę oba te rynki jako trochę „chore”… to także wina epoki, w której żyjemy, jak już miałem okazję stwierdzić w poprzednich odpowiedziach.
Czy może Pan zdradzić coś o swoich przyszłych komiksach?
MB: Pracuję obecnie nad wieloma różnymi projektami, ale wolę nie zdradzać zbyt wielu szczegółów… Nie chcę zapeszać!
Czy miał Pan okazję odwiedzić kiedyś Polskę?
MB: Nie, ale bardzo bym chciał. Może udałoby się pojawić na jakimś festiwalu komiksu? Byłoby świetnie. Bardzo chciałbym też wydać w Polsce kolejny album.
Na koniec – Czy ma Pan jakieś przesłanie dla polskich czytelników, którzy dopiero odkrywają Pana twórczość?
MB: Mam tylko nadzieję, że moje historie przypadną im do gustu!
Mam nadzieję, że ten wgląd w pełen pasji świat Marcello Bondiego był dla Was fascynujący. Dziękuję autorowi za poświęcony czas i życzę mu dalszych sukcesów zawodowych. Miłośników popkultury zapraszam zaś do przeczytania innych wywiadów z twórcami, dostępnych na stronie w ramach serii Kociołkowe rozmowy.



